ul. Londyńska 28/11,
03-921 Warszawa

Lekcja Dobrych Manier
 
Czyli – jak w Zespole wychowywano niewychowanych.
Sztuka w ośmiu aktach, zagrana we wczesnych latach 80. ubiegłego stulecia.
Osoby: druh A i druh G (nierozłączni Wielcy Przyjaciele od kołyski do dziś i na wieczność całą), druh P (świeżo przybyły do Zespołu), Zespół.
Miejsce akcji: pomieszczenia piątego piętra Teatru Wielkiego Opery i Baletu w Warszawie.
Czas akcji: jakie trzy miesiące...
Druh P. pojawił się w Zespole nagle. Duży był bardzo i przyjazny, obdarzony swoistym poczuciem humoru i wyróżniający się bardzo charakterystycznym śmiechem oraz powiedzonkami, opartymi w większości na tzw. mądrości ludowej. Najczęściej używał słynnego „do mnie to jak w studnię” co oznaczało, że druhowi P. można było powierzać najskrytsze sekrety bez jakichkolwiek obaw – po wysłuchaniu takie sekrety przepadały w druhu P. jak kamień rzucony w głęboką wodę lub prościej - kamień w studnię. Przed każdym takim przepadnięciem druh P. zawsze mocno przeżywał to, czego się właśnie dowiedział, zawsze na to reagował, doradzał bądź odradzał, nigdy nie pozostawał obojętny. Na druha P. (inaczej Studnię) zawsze można było liczyć.
Po bardzo krótkim czasie okazało się, że woda na którą powoływał się druh P. była chyba zbyt płytka a studnia zdecydowanie bardzo nieszczelna – cały Zespół dowiadywał się o tych czyichś najskrytszych sekretach najpóźniej po dwóch, góra trzech dniach. Co więcej, powierzchnia tej studziennej wody wcale nie była gładka – powierzane druhowi P. sekrety nie odbijały się od niej, jak od zwykłego zwierciadła, pojawiały się w znacznie zmienionej postaci, mocno ubarwionej i najczęściej doprawionej zupełnie nieprawdziwymi informacjami. Druh P. w swoisty sposób sekrety te uatrakcyjniał, druh P. sekrety kochał, nie mógł bez nich żyć…
Wyraźne zmniejszenie liczby osób, które powierzały druhowi P. tajemnice swego życia nie zmieniło jego postępowania, druh P. zlekceważył to ostrzeżenie, jakie dostał od wciąż sprzyjającego mu losu.
Trzeba było więc losowi pomóc…
Powstała więc Tajemnica. Prosta, nawet klasyczna i co najważniejsze, znakomicie nadająca się do studni... Szło to mniej więcej tak:
Druh G. poznał dziewczynę (dla wygody i uniknięcia problemów z ustalaniem, o kogo chodzi, dziewczyna była spoza Zespołu), a dziewczyna ta (nieskończenie mądra i piękna zarazem) pod wpływem nie dającego się opisać ogromnego uroku druha G. oświadczyła mu, że pragnie z nim być do końca życia lub ewentualnie do przyszłych wakacji. Niestety, raptem dni parę później, po poznaniu druha A. doznała jeszcze głębszego oczarowania tym razem druhem A. właśnie i natychmiast rzuciła druha G. a zaczęła robić wszystko, aby stać się dziewczyną druha A.
Zdaje się, że ktoś kiedyś coś napisał na podobny temat…
To nie koniec – druh A., niewątpliwie bardziej atrakcyjny od druha G. był jednak tego druha G. przyjacielem. I to nie jakimś-tam zwykłym przyjacielem, był Wielkim Przyjacielem. Podobnie było z druhem G., skądinąd znanym wszędzie jako Wielki Przyjaciel druha A. Wszyscy o tym wiedzieli…
Więc druh A., przyznający się uczciwie do ogromnego wrażenia, jakie zrobiła na nim dziewczyna (nieskończenie mądra i piękna zarazem), znalazł się w bardzo trudnym położeniu. Musiał wybierać – Przyjaciel czy dziewczyna, Dziewczyna czy przyjaciel. Nikomu nie życzymy tak trudnych wyborów!
Druh G. boleśnie ugodzony utratą dziewczyny też miał mocno mieszane uczucia – utrata kobiety to jedno, a chęć tej kobiety do związania się z akurat z Najlepszym Przyjacielem to drugie. Niby z faktami się nie dyskutuje – każdy ma prawo wybierać i wybiera się to, co lepsze, ale gorycz była ogromna. Aby nie rozdrapywać świeżych i bolesnych ran w sercu, druh G. z dziewczyną nie utrzymywał już żadnych kontaktów, ale nie wiedział, czy takowe ma nadal utrzymywać ze swoim Przyjacielem, o kontaktach z którym marzyła właśnie dziewczyna. Musiał wybierać. Nikomu nie życzymy tak trudnych wyborów!
Przed przekazaniem tej mało oryginalnej (ale przecież prawdopodobnej) historii druhowi P. trzeba było ją jeszcze uwiarygodnić, wprowadzić odpowiednią atmosferę, nastrój, gesty i mowę ciała… Rozpoczął się Akt 1.
Druhowie A. i G. siedzieli zawsze na próbach obok siebie, pośrodku najwyższego rzędu. Zresztą wszędzie na ogół występowali obok siebie. Pierwszym zatem sygnałem rozpoczęcia akcji było „rozsiedzenie się” druhów – pomiędzy nimi pojawiła się nagle złowieszcza i wielce znacząca przerwa, puste i tragiczne swoją wymową miejsce (długie na półtora metra). Teraz nie było już (często bezczelnie złośliwych) komentarzy, nie było niekończących się, bywało że dokuczliwych żartów. Najwyższy rząd teraz siedział cicho i grzecznie śpiewał to, co miał śpiewać. Wszelkie dowcipy, radość i pogoda się skończyły – czarne chmury spowiły nie tylko dwóch niedawnych Wielkich Przyjaciół, ale i resztę Zespołu.
Co dostrzegł wreszcie druh P., nie na darmo wychwalający swą delikatność i spostrzegawczość…
W przerwie zaczął się więc uroczyście Akt 2.
Druh P. zaatakował słabszego. Żeby wyglądało to prawdziwie, zaatakowany druh G. od razu oświadczył, mimo sześciokrotnych zaklęć druha P. wciąż wspominającego studnię, że nigdy nikomu niczego nie powie.
Identycznie zareagował druh. A.
Druh P. był upolowany…
Akt 3.
Pierwsze szczegóły, od druha G. pochodzące, zostały z ogromnymi oporami przekazane Studni dopiero na drugiej przerwie trzy próby dalej. Studnia dopadł nieszczęśnika w niedoświetlonym korytarzu prowadzącym do ubikacji. Po wysłuchaniu Tajemnicy opowiadanej łamiącym się głosem roztrzęsionego człowieka stojącego nad brzegiem fizycznej i psychicznej przepaści, druh P. patrząc temu wrakowi człowieka prosto w oczy wypowiedział zdanie piękne, bo krótkie, zarazem treściwe i obdarzone ogromną mocą wystarczającą do przywrócenia biednemu druhowi G. rzeczy w takich sprawach najcenniejszej – nadziei.
Zdanie to brzmiało mniej więcej tak „wiesz, JA na JEJ miejscu wybrałbym CIEBIE…”.
Po czym nastąpiło znacznie dłuższe uzasadnienie, dlaczego. Z uzasadnienia wynikało, że może i druh A. jest nieco większy, może nieco sprawniejszy fizycznie, może ciuteńkę dowcipniejszy i inteligentniejszy, ale druhowi G. też nie brak tych właśnie cech, góruje druh G. zaś tym, że jest właśnie G. a nie A.I że ma dobre harcerskie serce…
Akt 4.
Na następnej próbie w niemal identycznych okolicznościach druhowi P. udało się usłyszeć Tajemnicę od druha A., z tą różnicą, że opisywane przez A. nieszczęście było nieco inne. Owszem, podobała mu się ta (nieskończenie mądra i piękna zarazem) dziewczyna, owszem spodobało mu się to, że tak atrakcyjna istota chce być z nim a nie z G., ale przecież jednocześnie żal mu G. i żal mu ich wieloletniej, wielokroć sprawdzonej przyjaźni. I oczywiście nie wie, co robić. Żal mu tak wspaniale prezentującej się przyszłości (z dziewczyną rzecz jasna) ale i żal Przyjaciela, Wielkiego Przyjaciela.
Po wysłuchaniu tej historii (opowiadanej łamiącym się głosem roztrzęsionego człowieka stojącego nad brzegiem fizycznej i psychicznej przepaści), druh P. patrząc temu nieszczęśliwemu człowiekowi prosto w oczy wypowiedział też zdanie piękne, bo krótkie, a zarazem treściwe i obdarzone ogromną mocą wystarczającą do przywrócenia biednemu druhowi A. rzeczy w takich sprawach najcenniejszej – nadziei.
Zdanie to brzmiało mniej więcej tak „wiesz, JA na JEJ miejscu też wybrałbym CIEBIE…”.
Po czym nastąpiło znacznie dłuższe uzasadnienie, dlaczego. Z uzasadnienia wynikało, że litość jest bardzo ludzkim odruchem - może i druh G. jest nieco mniejszy, może mniej sprawny fizycznie, ale to, że ktoś wystarczająco nie urósł i nie ćwiczył hantlami, to przecież nie druha A. problem. Nie jest też problemem ani winą druha A., że mimo iż druh G., jest może tak samo dowcipny i inteligentny, to dziewczyna wybrała właśnie druha A. Zresztą na druhem G. góruje druh A. tym, że jest właśnie A. a nie G.
I że ma dobre harcerskie serce…
Zaczęło być fajnie.
Akt 5.
Szczegółowo powiadamiany o przebiegu przedstawienia Zespół był pełen zachwytu a druhowie A. i G. nie tylko wciąż siedzieli z dala od siebie, ale też ostentacyjnie odwracali od siebie głowy i mijali się szerokim łukiem, a jeśli nawet przypadkowo spojrzeli na siebie, były to spojrzenia bardzo nieprzyjazne. Gdyby obaj nie byli druhami, to pewnie te spojrzenia byłyby nawet nienawistne…
Potem akcja nieco zwolniła a druh P. zaczął zachowywać się tak, jakby nagle nabrał jakichś podejrzeń. Scenariusz przedstawienia przewidywał i taki zwrot akcji - uruchomiono szybko narzędzie dodatkowe – w postaci występu druha K. w specjalnie dla niego napisanej roli. Roli ważnej, niemal decydującej – druh K. był Autorytetem, osobą dojrzałą, poważną, osobą, z której opinią liczyli się wszyscy, którą często proszono o rozstrzyganie sporów lub po prostu o pomoc w podjęciu właściwej decyzji. Przyszedł czas na akt 6.
Akt 6.
To wyglądało tak, że przy wyjściu z sali chóru zrobił się nagle jakiś tłok i w tym tłoku stanęli dokładnie naprzeciw siebie dawni Wielcy Przyjaciele. Z ich spojrzeń i „mowy ciał” wynikało jedno – to długo nie potrwa, cała ta historia skończy się za chwilę podwójnym morderstwem! Dlatego do akcji wkroczył druh K., który stanął pomiędzy nimi, odważnie rozdzielając ich własnym ciałem i wypowiedział raptem dwa krótkie zdania, ale zrobił to naprawdę po mistrzowsku.
Zdania te brzmiały: „Panowie, opanujcie się! Więcej rozsądku, więcej rozsądku!”.
Ta krótka kwestia, też nie przeładowana formą, za to pełna treści i wypowiedziana przez Autorytet sprawiła, że druha P. opuściły nagle wszelkie wątpliwości. Druh P. wiedział teraz, że Tajemnica jest prawdziwa i że może wreszcie pójść na całość. Natychmiast też poszedł…
Od tego momentu można było cieszyć się kolejnym aktem.
Akt 7.
„Z niewiadomych źródeł” Zespół dowiadywał się, że po tygodniu dziewczyna ponoć wróciła do druha G. który, wciąż w niej idiotycznie zakochany, zamiast wysłać ją do wszystkich diabłów, zaczął planować ich wspólną przyszłość w tym na pewno przyszłe wakacje. Wówczas twardy od urodzenia i do tej pory druh A. popłakał się po raz pierwszy w życiu i ogłosił, że natychmiast wyjeżdża na stałe do swej, nieznanej do tej pory, cioci. Ciocia mieszkała w Ciechocinku, naprzeciw sklepu z telewizorami.Kilka dni potem z ożywieniem dyskutowano, czy jest możliwe (o czym donosiły „niewiadome źródła”), aby druh A. znów zaczął chodzić z tą femme fatale - nieszczęścia same przynoszącą dziewczyną, ponoć tym razem przy niejakiej aprobacie druha G.
Potem wciąż te same źródła doniosły, że „nieskończenie mądra i piękna zarazem” puściła obu druhów, bo nagle wyszła za mąż za starszego pana – znanego i szanowanego szaradzistę i hodowcę kanarków.
Gdy kiedyś obaj druhowie spóźnili się i przyszli dopiero na drugą część próby, w przerwie wiadome było wszystko – obu ponoć zawieziono do szpitala (druha A. do psychiatryka, druha G. na chirurgię a po zszyciu ran i zagipsowaniu - też do psychiatryka). Po przerwie doszło do sprostowania - chodziło o dwóch zupełnie innych druhów, którzy akurat wykopali niewypał i zupełnie przypadkowo byli (przed wybuchem niewypału) niesamowicie podobni do A. i G.
Wersji było wiele, wystarczało dla każdego.
Akt 8 i ostatni.
Gdy stało się to nudne - przyszła pora na zakończenie przedstawienia. Druhowie A. i G. zaczęli nagle znowu siedzieć obok siebie i psocić jak dawniej. Na agresywne wręcz pytania druha P. co się nagle stało, odpowiadali, że cała ta historia, to tylko wymyślony żart. Podobnie zeznawali inni.
Czy ta lekcja zmieniła postępowanie druha P.?
Nieznacznie. Są bowiem ludzie, którzy (często przekonani, że nie czynią niczego złego, przeciwnie, działają w dobrej wierze) nie mogą żyć bez jakichś „tajemniczych” CZYICHŚ historii, wysłuchiwania tych historii a następnie przekazywania ich dalej, z niezbędnymi, zdaniem takich osób, upiększeniami.
Zmieniło się natomiast postępowanie Zespołu. Kto chciał – ten się druhowi P. nadal zwierzał, nie dziwił się jednak konsekwencjom takich zwierzeń. Niektórzy, ci bardziej nieśmiali, zaczęli nawet z premedytacją traktować druha P. jako… skrzynkę ogłoszeniową. Czasem przecież człowiek nie ma odwagi podejść do kogoś i powiedzieć coś miłego – wtedy można takie miłe słowa przesłać. Pocztą lub przez Studnię…
Sygnalistka na wzgórzu
To był bieg, harcerski bieg, gdzieś w Polsce, teraz ciężko sobie przypomnieć gdzie to było. Bieg – to przeszkody, wszyscy to pamiętamy… Jedną z przeszkód był „mors” czyli sprawdzanie znajomości tych kropek i kresek tworzących razem niewiarygodnie nudny alfabet Morse’a. Swoją drogą dziwne było, że ten Samuel Morse, ponoć malarz, był w stanie nagle tak ograniczyć swoją plastyczną wyobraźnię i sprowadzić trój- czy dwu-wymiarowe kształty do beznadziejnie nieciekawych kropek i kresek.
Nauka Morse’a to był nieodłączny element przygotowań do każdego biegu. Wszędzie było słychać cenne mnemotechniczne wskazówki, poprawiające pamięć:
– „R jak Rower”, zapamiętaj!
– znaczy jak? Kreska – kreska – kreska – kreska - kropka?
- skąd ci to do głowy przyszło?
- no, kreski to płaskie siodełko i rama z trzech rurek a dzwonek to kropka…
- idiota! „R” to kropka – kreska – kropka!
- niby dlaczego?
- koło, rama, koło - baranie!
- aaa…
Prawdziwi specjaliści (Wojtek zwany Małym) słusznie twierdzili, że pisanie i czytanie tych symboli to dopiero wstęp do prawdziwej sztuki – rozumienia zakodowanego Morsem tekstu nadawanego sygnałami akustycznymi. To te słynne „Ti-taaa-ti”, które w wojsku trzeba było dokładnie wysłyszeć i odcyfrować i to dopiero była prawdziwa łączność.
Inną odmianą takiej sygnalizacji były chorągiewki, inaczej zwane „semaforem”. Semafora Wojtek akceptował, bo umiejętność wymachiwania dwoma chorągiewkami też oznaczała opanowanie prawdziwej sztuki sygnalizacji. Co można było zobaczyć na dowolnym filmie marynistycznym, bo taki sposób komunikacji był często stosowany na okrętach wojennych. Na jednym sygnalista machał chorągiewkami, na drugim obserwował go przez lornetkę inny sygnalista. Potem była zmiana…
Na okrętach porozumiewano się wtedy również włączanym/wyłączanym światłem (wszystkie te sposoby dotyczyły alfabetu Morse’a!) a potem wszystko się zmieniło i nikt teraz chyba się w takie rzeczy nie bawi.
Myśmy jednak musieli.
Teraz, po latach, przyszła pora na bolesne wyznania, pora na Gorzką Prawdę.. A Prawda jest taka, że poza wspomnianym Wojtkiem (zwanym Małym) nikt z instruktorów… no dobrze, NIEWIELU instruktorów znało rzeczywiście tego cholernego Morse’a. Zwłaszcza jeśli chodzi o sygnalizację świetlną czy dźwiękową. Podczas biegu nie stanowiło to żadnego problemu dla kadry - zastępy przychodziły na przeszkodę, dostawały gotową kartkę z zapisanym wcześniej tekstem, miały to rozszyfrować a potem zapisać takim kropkowo-kreskowanym tekstem inną, też przygotowaną wiadomość, napisaną normalnie. Szlus.
Jeden rzut oka instruktora wystarczył wtedy, aby stwierdzić, czy te trzy raptem zdania (mozolnie układane w przeddzień biegu przez 3 godziny) są poprawne czy też nie. Można było z kamienną twarzą NATYCHMIAST wyłapać taką nadmiarową czy brakującą kropeczkę czy kreseczkę i tanim kosztem zyskać opinię profesjonalisty. Można nawet było czasem nieco później usłyszeć za plecami „ten to dopiero zna Morse’a, w sekundę wyłapał…”.
Była taka cudowna Magda. Z tych, które piekielnie inteligentne, łapią wszystko w ułamku sekundy. Z tych, które uczą się uczciwie, z najdrobniejszymi szczegółami. Które zadają masę często za mądrych pytań. Takie osoby się szanuje, podziwia, takich osób czasem się boi…
Magda dopiero co została instruktorem i był to jej pierwszy bieg w którym brała udział po tej „drugiej stronie”. Nabiegała się przez lata jako egzaminowana harcerka, przyszła teraz pora na zmianę pozycji – teraz to Ona egzaminowała innych. Dostała oczywiście tego Morse’a… Nie, nie była to żadna nasza zemsta za Magdzine grzechy, Magda nigdy nie szkodziła nikomu. Był to świadomy wybór dający nadzieję, że przynajmniej na tym jednym stanowisku znajdzie się ktoś kompetentny, od którego można wiele wymagać i odnośnie którego nie ma żadnych zastrzeżeń. Od kogo młodsi będą się mogli rzeczywiście czegoś nauczyć.
Magda wykonała swą pracę porządnie – po harcersku. Wszyscy byli zachwyceni. Uczciwie (czasem boleśnie) sprawdzała znajomość Morse’a, podpowiadała, jak się tego dobrze nauczyć, próbowała też innych metod...
Bieg się kończył. Po odmeldowaniu się ostatniego zastępu instruktorzy zwijali swe manatki (koce plus pomoce naukowe) i albo szli do obozu najkrótszą drogą, albo podążali (w przyzwoitej odległości) za tym ostatnim zastępem, tworząc w ten sposób, przeszkoda po przeszkodzie, coraz większe i weselsze grono Instruktorów Powracających (po ciężkiej, wielogodzinnej pracy).
I tak też i było na tym właśnie biegu. Szło nas dużo, nieprzyzwoicie dużo. Andrzej i ja na przedzie, na nasze nieszczęście…
Spostrzegliśmy Magdę stosunkowo wcześnie. Stała samotnie na niewielkim wzgórzu, doskonale widoczna, mimo pewnej odległości, można było dostrzec, że jak zwykle jest mile uśmiechnięta.
Można jeszcze było uciec, udać skręcenie nogi, zemdleć, zrobić fikołka. Byliśmy jednak za głupi, żeby skorzystać z takiej okazji, bo nie byliśmy w stanie sobie wyobrazić tego koszmaru, który miał za chwilę nastąpić.
Magda dała nam wszystkim wyraźny znak STOP. Zrozumiały, prosty, taka ta Magdusia była.
Stanęliśmy. Obaj z Andrzejem zlekceważyliśmy ostatnią szansę – mogliśmy się jeszcze cofnąć i ukryć w tłumie… w którym mogliśmy potem nagle na kwadrans oślepnąć…
Nic z tego, staliśmy nadal w tym samym, awangardowym miejscu. Na nasze nieszczęście i na naszą zgubę.
Magda wzięła do rąk dwie chorągiewki…
I zaczęła nimi machać.
Byliśmy wówczas wszyscy na tyle blisko, że mogliśmy dostrzec jej promieniejące oblicze, buziaka słodkiego uśmiechniętego przyjaźnie i bijącą z jej twarzy nieprzepartą chęć przekazania nam swojej wiadomości. Ważnej wiadomości, przekazywanej Semaforem.
Trzeba przyznać, że dobra była… Machała w niesamowitym tempie a jednocześnie wzorcowo. Wyprostowana zgodnie z regulaminem sylwetka, idealne co do kąta i wzajemnego ustawienia ramiona, zmieniające się zgodnie z przekazywanymi literami. Bez szans na pomyłkowy odczyt. Na naszą zgubę.
Po przekazaniu nam pierwszej, zapewne wesołej i istotnej wiadomości przyszła pora na naszą odpowiedź. Czekała na to Magda, czekali instruktorzy za naszymi plecami, czekał pobliski las, jeziorko, czekały ptaki i kryjące się w lesie sarenki…
A myśmy zupełnie nie wiedzieli o co chodzi. Nie mieliśmy „na wyposażeniu” żadnych chorągiewek, więc nie mogliśmy Magdzie odpowiedzieć w taki sam, przepisowy sposób, ale mogliśmy i powinniśmy zareagować inaczej. Bo wiadomość od Magdy była na pewno konkretna i jednocześnie prosta, na przykład – „zróbcie przysiad”, albo „radośnie podskoczcie”, „zaśpiewajcie trójdźwięk”, „zatańczcie kankana”… Jej chodziło o zabawę, o przekaz! Bo czy to nie piękne, gdy z jednej strony stoi dziewczyna machająca dwoma kolorowymi szmatkami a z drugiej strony, wskutek tego machania, dwaj wydawałoby się rozsądni chłopcy zaczynają nagle podskakiwać, albo robić „pajacyka”?
My staliśmy.
Magda, wciąż z tym samym promiennym uśmiechem i wciąż tą samą żądzą realizacji przekazu informacji na odległość za pomocą dwóch chorągiewek, nieco mniej pewnie (nie zrozumieliśmy jej ???) powtórzyła wiadomość. Tak nam przynajmniej się zdawało, choć równie dobrze mogła to być wiadomość inna.
Staliśmy...
Sytuacja zrobiła się nieco niezręczna. Trzeba było coś zrobić, koniecznie, cokolwiek!
Szczerze mówiąc, nie pamiętam dziś, co było dalej. Naprawdę. Można by było skomponować tu jakieś zgrabne zakończenie tej historii, coś po prostu zmyślić. Ale nie jestem w stanie. Mechanizmy obronne w moim i Andrzejowym mózgu po prostu wymazały całkowicie dalszą, sądzę, że bardzo dla nas przykrą, część tej historii. A dopisane, wymyślone zakończenie na pewno nie mogłoby być zgrabne.
Można tylko „pogdybać”.
Więc pewnie w końcu ruszyliśmy w stronę Magdy. Pewnie usiłowaliśmy całą tę sprawę zlekceważyć, może coś odburknąć, może zaatakować jakąś inną historią naprędce wymyśloną. Może zapytaliśmy Magdę o dokładną wysokość Rysów, Giewontu czy głębokość jeziora Wigry… Raczej nie, bo po natychmiastowej i jak to u Magdy, prawidłowej odpowiedzi, temat semafora by znowu powrócił.
OK. Mogliśmy oświadczyć, że mimo zrozumienia przekazu (???) okropnie chcieliśmy jej odpowiedzieć w ten sam sposób, ale machając z braku chorągiewek tylko rękoma baliśmy się, że mogliśmy niechcący przekręcić jakieś słowo, lub wręcz użyć słów nieprzyzwoitych.
Nie pamiętam więc zakończenia tej historii, pamiętam tylko, że od tego czasu nigdy więcej nie wspominaliśmy o „morsie”, „semaforze” czy innych sposobach komunikacji. Oczywiście zawsze był możliwy wariant ambitny – nauczyć się wreszcie koncertowo „Ti-taa-ti-taać” lub wymachiwać chorągiewkami, ale jakoś tak się złożyło, że wskutek natłoku innych obowiązków.
Po latach jesteśmy wciąż Magdzie za tę nieświadomie udzieloną lekcję po prostu wdzięczni. I wspominamy to z rozrzewnieniem i humorem.
Władek a mechanicy
Wymienieni w tytule „mechanicy”, częściej „panowie mechanicy” to po prostu zwykli panowie kierowcy. Władek nikogo nie traktował zwyczajnie, każdego dopieszczał lub wyróżniał, chociażby odpowiednio dobranym tytułem. Szacunek i dobra pamięć o Władku nie pozwala mi, mimo upływu tylu lat, zacytować, jakim mianem obdarzał Krasnali, gdy chciał wyrazić swoje dla nas uznanie. Nawet nie podam pierwszej i ostatniej litery... Powiem tylko, że soczyste to było słowo, wymawiane ze szczególnym smakiem i specyficznie brzmiące.
Gdy „mechanikami” byli żołnierze, było łatwiej, Władek zawsze miał dla nich ciepłe słowa i podziękowania za prawdziwie wojskową i harcerską pracę, ale niemal w ogóle z nimi nie dyskutował. Bliższe kontakty utrzymywał z dowódcą tych żołnierzy, te zaś często wspomagane odpowiednimi przekąskami i przepitkami (nie to, żeby koniecznie dużo), niejako z definicji były wyłącznie ciepłe.
Gorzej było z kierowcami cywilnymi, którzy wozili nas autobusami, niezapomnianymi do dziś turystycznymi Jelczami, zwanymi wówczas „ogórkami”. Ci zawodowcy często nie zgadzali się z Władkiem w sprawach, na których Władek znał się doskonale, a raczej najlepiej – chodziło o kierowanie autem oraz wybór optymalnej trasy. Każdy Polak jest doskonałym kierowcą, zaś ze wszystkich Polaków najdoskonalszym był Władek. Kiedyś, gdy obaj jechaliśmy z Lubyczy do Warszawy Władkową „rakietą” (zdaje się, że była to Skoda 1000MB, zwana inaczej „tysiącem Małych Braków”, lub może Fiat 127), Władzio paskudnie przytarł prawym kołem o krawężnik. Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, usłyszałem jego pewnym tonem wypowiedziane słowa: „ja tak specjalnie...”. Nieco później, podczas tej samej jazdy, z przerażeniem spostrzegłem, że Władzio (jeden z najlepszych kierowców Europy, a może i świata) po prostu przysnął! Przy dość dużej prędkości... Wrzasnąłem głośno i obudziłem Władzia, który swą chwilową niedyspozycję (był naprawdę śmiertelnie zmęczony a przecież nie był wówczas pierwszej młodości) natychmiast wytłumaczył dokładnie tym samym: „ja tak specjalnie”...
Otóż ci cywilni, którzy często, w ciągu kilkudziesięcioletniej zawodowej kariery przejechali Polskę wzdłuż i wszerz kilka tysięcy razy, bywali czasem bezczelni, śmieli mieć inne zdanie, proponowali inną trasę... To, że zazwyczaj mieli rację niczego Władka nie uczyło, On wiedział swoje.
Więc któregoś razu pożarł się Władzio z kierowcą naszego Jelcza. Czy poszło o jakieś odległości, czy pojawiły się rozbieżne opinie dotyczące najlepszego auta osobowego na świecie (było to, łatwo odgadnąć, auto Władka), dość, że ci dwaj panowie nagle przestali ze sobą rozmawiać. Patrząc z głębi Jelcza - jeden siedział po lewej i zajmował się głównie kierownicą i dźwignią zmiany biegów, drugi siedział po prawej i po prostu milczał, co w jego akurat przypadku było i smutne i dziwne.
Władek szczerze nie znosił takich chwil, owszem, gniewał się zawsze okrutnie, cholera go brała natychmiast, ale gniewał się krótko. Kierowca też nie wyglądał na pamiętliwego łobuza... Po prostu, ktoś musiał się tu przełamać, ktoś jako pierwszy musiał wykonać odpowiedni gest. Nie było łatwo, było ciężko…
Widać było jak na dłoni, że od dobrych kilkudziesięciu kilometrów Władek ostro kombinował. Widać też było, jak często, zebrawszy swą odwagę, Władzio już-już miał coś powiedzieć, ale czy to ten ich spór dotyczył sprawy naprawdę ważnej, czy też siły były zbyt równe, dość, że rezygnował.
Mijały kilometry... doszło też do Władzia, że z tyłu autobusu zamiast typowych małpich wrzasków od dłuższego czasu panowała nietypowa, dziwna cisza. Znaczy – zrozumiał Władek - pojawiła się widownia. To go zobligowało do zdecydowanego, pokazowego wręcz działania, do którego motywuje każda widownia każdego artystę. Zamyślił się głęboko i czekał. Wreszcie się doczekał – wijąca się nieco szosa zaczęła się łagodnie piąć pod górę…
Władek wziął głęboki oddech i wręcz zagrzmiał, zwracając się do kierowcy słynnymi od tej chwili słowami, słowami które przeszły do Historii. Było to „zdanie pytajne”, nieco retoryczne w treści, dokładnie przemyślane, strategiczne, dające szansę na natychmiastową odpowiedź a o to przecież chodziło.
Zdanie to brzmiało: „Panie Mechaniku, pod górę to wolniej...?”
Pan mechanik zareagował na to zdanie nieukrywanym zdziwieniem a po krótkiej chwili namysłu odpowiedział na to jednym, nieśmiało wypowiedzianym słowem: „wolniej...”.
Kontakt został wznowiony, lody przełamane. Po kilku dalszych, bardzo logicznych i ważnych uwagach, wspaniale dopełniających to słynne, historyczne zdanie pierwsze („a na dół to szybciej”, „a znowu po terenie płaskim w zasadzie bez zmian” itp.) panowie z ożywieniem rozpoczęli swobodną już rozmowę na tematy zupełnie ogólne, bezkonfliktowe a nawet przyjemne. Gdy dojechaliśmy na miejsce, Władek przypieczętował dopiero co odnowioną przyjaźń (bo tak to trzeba było nazwać) podziękowaniem dla „Pana Mechanika”, który, „mimo bardzo trudnej trasy, dowiózł nas wszystkich wygodnie i bezpiecznie”.
Tego dnia, na tej trasie, nauczyliśmy się od Władka podstaw arcytrudnej sztuki dyplomacji...
Pliki cookie ułatwiają świadczenie naszych usług. Korzystając z naszych usług, zgadzasz się, że używamy plików cookie.
Dalsze informacje Ok